
| Final countdown |
|
|
|
| Autor: 'Free Your Mind' | |
| 12.03.2008. | |
|
Pełno tematów w mediach, a brak najważniejszego. Wszyscy są wszystkim zajęci, a każda rzecz jest niezwykle ważna, oczywiście, nie widać jednak jakiegoś większego zainteresowania zbliżającym się głosowaniem w parlamencie. Czyżby było aż tak mało ważne? Czysta formalność? Czy też jest tak ważne, że tylu ludzi wokoło robi wszystko, byśmy o tej kwestii nie pamiętali.
Co więcej, we wczorajszy, niedzielny poranek, gdy P. Gosiewski zapowiedział, że PiS chciałby wprowadzić pewne dodatkowe regulacje dotyczące ewentualnego funkcjonowania Traktatu, odezwała się stara płyta odgrywana już w czasie "debaty wokół referendum akcesyjnego", która sprowadza się do straszenia Rydzykiem lub Białorusią. To znowu jest aż tak poważna sytuacja, że głosu krytyki nie wolno wyrazić, by nie podlegać natychmiastowej stygmatyzacji? Niejaki Z. Chlebowski, który coraz bardziej przypomina mi H. Jabłońskiego, zaczął od razu przypominać "bydłu", że w Traktacie niczego nie da się już zmienić. To chyba jest tak jak z "literą Pisma", która ani na jotę nie może być zmieniona. O ile jednak do Pisma ludzie wierzący w Chrystusa mają faktycznie nabożną cześć, o tyle zaskakujące jest, że takiej czci domagają się nasi eurokraci (bo chyba Chlebowskiego można z powodzeniem do nich zaliczyć) od przepisów stanowiących nieco podretuszowany Traktat Konstytucyjny, swego czasu odrzucony przez Holendrów i Francuzów (którzy na pniu mieli go w referendach klepnąć, jak pamiętamy). Jeśli z tą nabożną czcią do Traktatu to prawda, to posłowie, którzy traktują go jak Pismo Święte, powinni na klęczkach go ratyfikować, zeby wymogom ceremonii stało się zadość. Czy jednak postawa klęcząca jest jedyną z możliwych do zaakceptowania? Kto chce klęczeć, niech klęczy, a kto ma uszy do słuchania, niech słucha. 12 marca bowiem nasi posłowie podejmą decyzję, która ostatecznie przesądzi o tym, jaką rolę będzie pełnił "polski region" w UE. Polska nie była ani ekonomicznie, ani politycznie przygotowana do akcesji do Wspólnoty Europejskiej i jak na razie ta akcesja nie przyczyniła się do żadnego cywilizacyjnego skoku i zapewne się nie przyczyni, ponieważ Polska nie ma pełnić roli jakiegoś "tygrysa europejskiego", tylko w najlepszym razie państwa buforowego. Kto jednak za tym akcesyjnym rozwiązaniem głosował, sądząc, że "jakoś to będzie", niech się teraz martwi. Dopóki jednak UE stanowiła jakieś mgliste dla wielu ludzi "jednoczenie się happy ludzi Europy" (na pewno Państwo widzieli nieraz barwne i błyszczące foldery pokazujące uśmiechniętych "obywateli Europy"), dopóty można było machąć ręką, na ten geopolityczny "błąd w sztuce" i czekać aż się wypali "euroentuzjazm" w zderzeniu z realiami życia w "nowym kraju Wspólnoty", realiami, dodajmy, mającymi się nijak do realiów krajów "starej Unii". Teraz jednak, gdy wraz z ratyfikacją Traktatu zacznie się formować centralnie zarządzane państwo europejskie (ślepy by to dostrzegł, co się kroi, a ci, co tego nie dostrzegają są jak G.B. Shaw na ekskursji w Związku Sowieckim), a więc sprawy pójdą o wiele dalej niż do tej pory, to należy albo faktycznie obwarować się jakimiś specjalnymi, polskimi regulacjami (choćby dotyczącymi ziem, do których zgłaszają i będą zgłaszać pretensje rozmaici chętni z Niemiec), albo Traktat odrzucić i zamknąć sprawę. Trzeciego wyjścia nie ma. Partia Okrągłego Stołu (o rozmaitych frakcjach) od samego początku (czyli niesławnego roku 1989) rozumiała Polskę jako region, a nie niezależne, wolne, silne, dumne państwo - POS więc od zarania była, jak to się elegancko mówi, "partią zagranicy". (Takie naburmuszone pitolenie, jak Chlebowskiego czy Olejniczaka (by nie szukać daleko), niedopuszczające do głosu jakichkolwiek głosów broniących zagrożonych interesów polskich, jest znakomitym tego wyrazem, jeśli szukamy oblicza POS w dzisiejszych czasach). Idee fix Partii Okrągłego Stołu było "pozbycie się balastu niepodległości" i sprowadzenie polskich elit politycznych do roli "współdecydujących" o losach polskich obywateli. Rozwiązanie genialne w swojej prostocie (i perspektywiczności), ponieważ jednocześnie rozmywające odpowiedzialność za polityczne decyzje podejmowane w Polsce (rozmywające na długie lata), a zarazem pozwalające nieźle się bawić w trakcie "uprawiania polityki". Czyż nie jest to ideał europolityka w polskim wydaniu? Zabawić się, powystępować przed kamerami, "zaśpiewać i zatańczyć", doskonale zarabiać i ZA NIC nie odpowiadać? Żyć nie umierać. Oczywście UE to nie tylko miejsce dla takich pseudopolityków, jak polscy trefnisie z Partii Okrągłego Stołu, ale też forum prawdziwych działań politycznych, jakie np. prowadzą Niemcy, którzy od wieków nie bawią się w politykę i chyba nigdy się nie bawili. Mówimy jednak o Polsce, przypominam. Bardzo ucieszyło mnie więc pogląd wyrażony przez Z. Girzyńskiego, który zaleca odrzucenie Traktatu w sejmowym głosowaniu. Takie, moim zdaniem powinno być stanowisko PiS-u (jeśli "tęczowa koalicja nie chciałaby słyszeć o jakichkolwiek specyficznie polskich uregulowaniach dotyczących pewnych newralgicznych kwestii) i wtedy pomysł, by nie rozpisywać referendum ogólnonarodowego, tylko zamknąć sprawę w parlamencie, byłby rozwiązaniem zupelnie uzasadnionym. PiS w ten sposób udowodniłby, że jest partią troszczącą się o fundamentalne polskie sprawy i co więcej, odważnie przeciwstawiającą się rozwiązaniom dla państwa niebezpiecznym, a forsowanym na siłę przez POS. Mamy więc sytuację "końcowego odliczania", które doprowadzi do pełnej odsłony. Bez względu na wynik, dzień jutrzejszy więc, wbrew obiegowym opiniom, zapowiada się bardzo ciekawie. Także dla PiS-u, ma on bowiem szansę na definitywne zerwanie z dziedzictwem zgubnego dla Polski, "okrągłego stołu", czego mu szczerze życzę. Władze PiS-u powinny mieć świadomość, że dołączenie do Partii Okrągłego Stołu będzie oznaczało kres pewnej drogi i pewnej nadziei, którą parę milionów wyborców z tą partią związało. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|