Blogować nie umierać Utwórz PDF Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: 'Free Your Mind'   
04.02.2008.
Badacze Internetu twierdzą, że blogerzy stają się powoli czymś w rodzaju V władzy, a więc, że wpływ ludzi prowadzących blogi polityczne jest tak duży, że znajduje swoje konsekwencje zarówno po stronie rządzących, urzędników państwowych itd., jak i dziennikarzy oraz mediów. O ile na Zachodzie czy zwł. w USA faktycznie możemy takie zjawisko korelacji między blogerami a światem polityki i środków masowego przekazu już od welu lat zaobserwować, o tyle w Polsce nabiera ono dopiero na znaczeniu. Zresztą, wiedząc o istnieniu fenomenu V władzy poza granicami naszego kraju, wielu rodzimych dziennikarzy, ale też i polityków zaczęło się "zabezpieczać" przed ewentualną dominacją polskich blogerów, zakładając rozmaite platformy blogerskie niejako "neutralizujące" aktywność "nieprofesjonalistów w mediach". Z początku dziennikarze oraz rozmaici publicyści mainstreamu sądzili, że zagospodarują cyberprzestrzeń na zasadzie "gaszenia amatorów talentem" (by zacytować słynną frazę z piosenki "Śpiewać każdy może") i nawet, jeśli blogerzy będą się aktywizować, to "profs" dowiodą, kto jest górą (nie tylko stylistycznie, ale i komercyjnie). Co ciekawsze, wielu dziennikarzy usiłujących badać Sieć (tak trochę na zasadzie działań dziennikarzy śledczych niż na wzór naukowy), rozpowszechniało tezę, że anonimowi blogerzy polityczni to z reguły amatorzy, co nagle odkryli w sobie "Bożą iskrę" publicystów i stąd ich pęd do zasypywania Internetu analizami. Dodawano jednocześnie, że analizy te w dużej mierze "żerują" na materiale dostarczanym przez mainstream i niewiele wnoszą nowego, zawierają jakieś na wyrost konstruowane spekulacje, tropią jakieś niby spiski i nieco na siłę szukają potknięć dziennikarskich czy niekonsekwencji w wypowiedziach i działaniach polityków. Co bardziej antyblogersko (i antywolnościowo, dodajmy) nastawionych "dziennikarzy śledczych" szło jeszcze dalej w diagnozowaniu "nieprawidłowości", twierdząc, że skoro ci najpopularniejsi blogerzy (Kataryna, Galba, Tad9 itd.) to osoby deklarujące wyraziste, prawicowe poglądy, to stanowią one jakichś "przybocznych" partii "braci Kaczyńskich" (spin doktorów lub innych specjalistów od marketingu politycznego), a więc należy je traktować, jako ludzi "pracujących na zlecenie", nie zaś niezależnych publicystów. Tajemnicą poliszynela bowiem było i jest w środowisku polskich dziennikarzy, że niezależność to fatamorgana, za którą nie tylko nie należy gonić, ale nawet oglądać się w drodze "na szczyt kariery", wobec tego każdy kto publikuje, musi iść na czyimś pasku, innej możliwości nie ma. Gdy jednak okazało się, że blogerzy nie tylko mają się znakomicie, ale cieszą się o wiele większym zainteresowaniem internautów, aniżeli "mainstreamowcy" pojawiły się dwie nowe postawy wobec niezależnych publicystów: agresywna oraz "obłaskawiająca".

Zaczęto zatem flekować blogerów za to, że są "schowani za anonimowymi nickami", co pozwala im "bezkarnie atakować" mainstream czy establishment polityczny i dziennikarski. Tropiono IP, szukano namiarów mailowych, grożono, próbowano demaskować "frustratrów". Na własnej skórze przeżyła to choćby Kataryna, co zapewne poskutkowało zminimalizowaniem jej aktywności blogerskiej w drugiej połowie 2007 r. Jednocześnie jednak pojawiła się postawa "przymilania się do blogerów", tzn. niejako "pasowania ich na przedstawicieli profesjonalnego środowiska". O blogerach rozpisywały się gazety, tygodniki opinii czy różne portale, a z drugiej strony zaczęto zapraszać ich do programów telewizyjnych, zaś  dziennikarze-zawodowcy urządzali zlotowe imprezy, na których można było, jak mawia S. Michalkiewicz, wypić i zakąsić, ale i zobaczyć, jak wyglądają i kim są poszczególni autorzy skrywający się za takimi czy innymi nickami. Bez wątpienia, przez wielu młodych ludzi te środki "obłaskawiania" mogły zostać uznane za "drogi do sławy" czy może nawet kontraktów ze strony mainstreamu. Jakby tego było mało, pojawiły się ostro reklamowane konkursy dotyczące blogerów i blogów, których efektem też musiało być, było i jest - prócz rozdania nagród - ujawnienie tożsamości tej czy innej osoby tworzącej dotąd anonimowo. Czy można się temu oprzeć i czy należy?

Sądzę, że tak - opór jest tu nie-zbę-dny i dodam więcej, sądzę, że pozostanie "w cieniu" pozwala blogerom pełnić funkcję V władzy, jakiej społeczeństwo informacyjne niezwykle potrzebuje. Blogerzy stali się bowiem poważnymi "krytykami informacji". Amerykański filozof technologii N. Postman stwierdził, że współczesny człowiek żyje w informacyjnym zatorze - bombarduje go masa wiadomości nieistotnych, niepotrzebnych, czasem nawet bezsensownych. Blogerzy zaś pojawili się jako ludzie "pacyfikujący mainstream", wytykający mu arogancję, ignorancję, niekompetencję lub zwykle dezinformację, zajmując pozycje nowych liderów opinii publicznej, poprzez ponowne (po redakcyjnych gatekeeperach) filtrowanie informacji albo raczej, poprzez "sprowadzanie informacji na ziemię". Oczywiście im większą "czytalnością" czy ilością komentarzy dany bloger się wykazywał, tym ostrzejsze sprzeciwy budził ze strony przedstawicieli tego czy innego establishmentu. Twierdzono nawet, że anonimowy bloger tchórzliwie się chowa i boi się przyznać, że jest nikim.

W ostateczności, wśród reakcji na niekontrolowany rozkwit wolności słowa w debacie publicznej pojawiło się zjawisko innego typu: pseudo-blogerzy, czyli ludzie udający niezależnych blogerów, a zmierzający do skompromitowania idei wolnego od nacisków mainstreamu wypowiadania się w Sieci. To ostatnie zjawisko może jest niebezpieczne, gdyż prowadzi do swoistego zamętu w Sieci, ale blogerzy, którzy nie tylko strzegą jak oka w głowie, swojej anonimowości, ale pilnują, by wolność słowa w cyberprzestrzeni nie została poddana zamordystycznym czy propagandowym zapędom, wyłapują tego typu autorów (zwykle są to dziennikarze, którzy nie mogą się pogodzić z tym, że "jakiś naturszczyk" może być czytany częściej niż "prof") i przestrzegają przed nimi niezorientowanych internautów.

Niektórzy analitycy Internetu uważają, że ta pilnie strzeżona przez niektórych blogerów anonimowość, wcześniej czy później ulegnie anihilacji w epoce Web 2.0/Web 3.0. Może tak być, ale wcale nie musi. W Polsce bowiem na razie niewiele wskazuje na to, by sprawy polityczne szły w dobrym kierunku i wobec tego nie ma żadnych poważnych przesłanek, by blogerzy chcący zachować niezależność, w czymkolwiek mogli skorzystać na ujawnianiu się. W ten sposób sami są bezpieczni, pozostając niebezpieczni dla establishmentu.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
?>