|
Z ubiegania się o nominacje swoich partii zrezygnowali ostatnio konserwatysta Fred Thompson (Partia Republikańska) a także jeden z bardziej lewicowych kandydatów demokratycznych, Dennis Kucinich. Nie tylko oni, w coraz bardziej polaryzowanym obozie Demokratów liczą się dzisiaj tylko trzej kandydaci (Obama, Clinton, Edwards), a jeden (Edwards) tylko z powodu, że może okazać się ważnym jeśli idzie o poparcie głównych kandydatów demokratycznych - Hillary Clinton i Baracka Obamy.Najprawdopodobniej też będzie kandydatem na wiceprezydenta. Po raz kolejny, gdyż raz już na to stanowisko kandydował wraz z Johnem Kerry.
Nieskutecznie - przegrali z George'em Bushem i Dickiem Cheney'em. Freda Thompsona, dość trafnie podsumował jeden z blogerów, związany z "Gazetą Wyborczą" i TOK FM - Marcin Gadzinski. "Nie miał ani pieniędzy, ani poparcia, ani chęci, by walczyć dalej.", potem mocniej dodał, że republikański kandydat był po prostu w tej kampanii leniwy. W naszych warunkach nie byłby leniwy, ale w tak dużym kraju z taką dużą ilością obywateli niezbyt wielu odwiedził - chciałoby się dodać. Nie wygrał także prawyborów w żadnym ze stanów. Kwestia Kucinicha jest trochę inna, ale też - pośrednio - dotyczy pewnego lenistwa. Zamiast poświęcać się pracy w Izbie, którą zaniedbał - koncentrował się na kampanii prezydenckiej. Było to dla niego szkodliwe, wiadomym było, że nie zdobędzie nominacji z racji tego, że nie wygrał - podobnie jak Thompson - żadnych prawyborów, a jednocześnie miał niskie poparcie. Przy tym wszystkim, poza wyborami prezydenckimi, ubiega się równocześnie o ponowny wybór do Izby Reprezentantów, niższej izby Kongresu. W świetle oskarżeń ze strony jednego z miejskich radnych - kontrkandydata Kucinicha - mogłoby mu się to nie udać. Nie ryzykuje dalej. W obozie Demokratów, zaczyna się co raz bardziej porządkować. Do tej pory z wyścigu o nominację demokratyczną wycofali się senatorowie Joe Biden i Christopher Dodd, a także gubernator Nowego Meksyku Bill Richardson oraz były gubernator Iowy Tom Vilack. Aktywnych kandaydatów jest zaledwie czterech, ale jak już wspomniałem, liczą się tylko trzy osoby. A konkretniej dwie - Obama i Clinton. Ważna jest tutaj rola tzw. "Wielkiego Wtorku" 5 lutego - gdy głosuje ponad 20 stanów, jednak zdaniem obserwatorów i komentatorów, za równo amerykańskich, jak i europejskich, nawet on może nie do końca rozstrzygnąć wszystko. Zwycięzca może się okazać jednak przegranym. Dlaczego? W związku z zebraniem mniejszej ilości delegatów na narodową konwencję, gdzie wybiera się kandydata całej partii w wyścigu po prezydenturę. Wato wrócić choćby do Newady - procentowo wygrała Clinton, ale Barack Obama zdobył więcej delegatów. W ich rękach pozostaje decyzja. Także po stronie republikanów, sytuacja wydaje się powoli stabilizować - zostali McCain, Romney i Giuliani. Mike Huckabee zdaje się odpada z czołówki kandydatów, jak pisze Paweł Burdzy, popierają go głównie religijni fundamentaliści, a wśród innych grup społecznych prezentuje się słabo - nie daje mu to wielkich szans na zwycięstwo. Zwłaszcza w konkurencji z choćby, co prawda 71-letnim ale jednak poważnym kandydatem, Johnem McCainem, odkrywającym poważną rolę po stronie republikańskiej. Romney, też poważnie wymieniany, jest kandydatem symbolizującym bogatszych, sam jest miliarderem - łatwo będzie mu zarzucić jakieś krępujące powiązania i rzucić zły cień na jego majątek. Jak ktoś jest bogaty, bardzo drażni - zwłaszcza ubogich, którzy są trzonem Demokratów, ale znajdują swoje nadzieje także w Republikanach. Słabnie siła popularności Giulianiego, burmistrza Nowego Jorku w czasie 11 września, kampania wraca - przez problem recesji gospodarczej - na sprawy gospodarczo-społeczne, w czym Giuliani nie czuje się zbyt pewnie. Zdecydowanie te pole oddaje, podobnie - zdaniem wielu komentatorów amerykańskich - jak większość Republikanów, którym zarzuca się, że ich program gospodarczy jest ogólny i się nie sprawdza po tylu latach rządów Busha i dominacji w Kongresie. Sytuacje próbuje ratować McCain - w opinii wielu jako jedyny ma program gospodarczy z "prawdziwego zdarzenia", a to może być dla gospodarki amerykańskiej i światowej łagodzące w stosunku do kryzysu pukającego do drzwi. Mimo, że mamy dopiero koniec stycznia sytuacja w obu partiach powoli się porządkuje - bardziej dotyczy to Demokratów, ale i Republikanie, poprzez rezygnacje z ubiegania się o nominację prezydencką znacznie ułatwiają decyzje letniej konwencji narodowej. Mimo, że teraz oczy zwrócone są na McCaina, za chwilę znowu górą może być Romney. Liczy się coraz bardziej ilość delegatów, a nie - co pokazał przykład H. Clinton w Newadzie - poparcie procentowe wyborców. O ile u Republikanów McCain ma pozycję osoby, która jest w stanie połączyć jej elektoraty w znacznej części i za równo zdobyć poparcie wyborców niezależnych, o tyle u Demokratów nie ma konkrentego w tym zakresie faworyta. Niezależnych wyborców bardziej przyciąga jednak Obama. Ale czy zdobędzie wystarczające poparcie partyjnego establishmentu? Aby mu się to nie udało, Hillary Clinton zastosowała ruch, gdzie specjalnie miał zdobyć poparcie głównie czarnych - takiego zdanie jest część blogerów. Ma to zniechęcić władze Demokratów do wybrania go, gdyż może nie zdobyć przychylności białych i Latynosów, drugiej pod względem liczby ludności, grupy etnicznej USA. Czy tezy blogerów o tym, że Clinton, także przy pomocy męża, specjalnie zniechęcała czarnych okażą się prawdziwe? I jak na tym wyjdzie? Tego dowiemy się, dalej obserwując wybory w Stanach. Obserwujcie je razem z advocem.net, czytając nasze raporty. |